Kategorie
Słowo na co dzień

Pustelnia serca

Jak to dobrze, że w Kościele Katolickim mamy świętych. Możemy się od nich uczyć wiary, różnych postaw w życiu duchowym, a także prostej mądrości życiowej. Dotychczas każdego dnia rozważaliśmy konkretny fragment Biblii, przewidziany przez Kościół na dany dzień. Dziś chciałbym zaproponować nieco inną ścieżkę. Poprowadzi nas nią oczywiście nie kto inny, jak św. Ignacy Loyola.

Jednym z przełomowych okresów w życiu Ignacego był pobyt w rodzinnym zamku w Loyoli, gdzie miała miejsce jego rekonwalescencja. W tym czasie z powodu braku innych lektur, sięgnął po dwie książki opisujące odpowiednio: życie Jezusa Chrystusa oraz żywoty świętych. Czytając dokonania wielkich świętych, w Ignacym zaczęło rodzić się pragnienie: a gdyby tak dokonać podobnych dzieł? Rozważnie żywotów świętych zrodziło w Ignacym wielki pokój serca oraz pragnienie bycia takim samym. To dla nas wskazówka, dlaczego warto medytować nad życiorysami świętych Kościoła. Dlatego chciałbym Cię zaprosić do tego, aby w podobny sposób, tak jak codziennie medytujemy fragment Biblii, rozważyć fragment żywotu św. Katarzyny ze Sieny, której wspomnienie liturgiczne dziś obchodzimy. Bardzo zachęcam do tego, żeby zawsze kiedy wspominamy jakiegoś świętego, spróbować wziąć na modlitwę fragment jego życiorysu i podobną metodą go rozważyć.

„Katarzyna jednak już od wczesnej młodości marzyła o całkowitym oddaniu się Panu Bogu. Dlatego wbrew woli rodziców obcięła sobie włosy i zaczęła prowadzić życie pokutne. Zamierzała najpierw we własnym domu uczynić sobie pustelnię. Kiedy jednak okazało się to niemożliwe, własne serce zamieniła na zakonną celę” – taki fragment możemy odnaleźć w życiorysie św. Katarzyny zamieszczonym na portalu brewiarz.pl. Z tego krótkiego fragmentu, możemy wydobyć nieco korzyści duchowej. Widzimy, że młoda Katarzyna z powodu niesprzyjających okoliczności zewnętrznych nie mogła spełnić swojego pragnienia uczynienia osobistej pustelni. Jednak to nie zniechęciło Katarzyny – postanowiła to samo uczynić w wymiarze duchowym.  Jak sama wspomina, uczyniła w swoim sercu pustelnię. Z tego krótkiego fragmentu możemy zmierzyć się z dwoma kwestiami:

  1. Jak reaguje na okoliczności zewnętrzne, na które nie mam wpływu? Czy się od razu poddaję, zniechęcam? Czy szukam różnych dróg poradzenia sobie z tą sytuacją?
  2. Czy nie mam w sobie tendencji do dzielenia rzeczywistości na taką, w której Bóg jest i działa i taką, która jest tego pozbawiona? Czy nie zamykam Boga jedynie w przestrzeni kościoła, sakramentów, czytania Biblii, spotkania wspólnoty? Czy potrafię ze swojego serca uczynić pustelnię – miejsce spotkania z Bogiem i dzięki temu odkrywać obecność Boga w każdej codziennej, nawet najbardziej prozaicznej czynności?

Zdaję sobie sprawę, że te wnioski nie są jakimś odkryciem duchowej Ameryki. Ale dziś nie tyle chodziło mi o to, aby dokonać spektakularnych odkryć natury duchowej, ale by zachęcić do rozważania żywotów świętych. Bardzo warto, szczególnie kiedy przeżywamy w liturgii wspomnienie konkretnego świętego, wziąć na modlitwę fragment życiorysu tego świętego i rozważyć go w podobny sposób, jak uczymy się rozważać Biblię. W ten sposób nie tylko będziemy poznawali fakty z życia świętych, ale przede wszystkim Pan Bóg będzie w nas wlewał pragnie świętości. Modląc się żywotami świętych, możemy uczyć się od nich przyjaźni z Chrystusem. 

Rozważanie wygłoszone 29.04.2020 r. na Święto św. Katarzyny ze Sieny, dziewicy i doktora Kościoła, patronki Europy, na podstawie fragmentu jej życiorysu.

Pustelnia serca

 
 
00:00 / 15:13
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Tajny znak

Słucham dziś na okrągło kawałka „Tajne znaki” zespołu Luxtorpeda. Polecam gorąco nie tylko wspomniany numer, ale całą twórczość tej genialnej kapeli. Tytułowe tajne znaki to drobne gesty, widoczne i zrozumiałe dla kochanej osoby, takie jak: szminka na lustrze, kartka na lodówce, podrzucone w torbę ciastko do kawy. Dlaczego te znaki są tajne? Bo są bardzo proste, zwyczajne, codzienne. Dla kogoś z zewnątrz mogą kompletnie nic nie znaczyć, być niezrozumiałe, a nawet niezauważone. Odkodują je tylko ci, których łączy więź miłości. Tajne znaki odsyłają do miłości.

Ciekawa sytuacja ma miejsce dziś w Ewangelii – tłum domaga się od Jezusa jakiegoś znaku. Nie zauważają jednak, że rozmnożony chleb, którym się najedli był znakiem. Nie zauważają, że stojący przed nimi Jezus jest znakiem obecności Boga. Nie potrafią dostrzec tych znaków i nie rozumieją dlaczego Jezus mówi o sobie, że jest „chlebem”. Oczywiście Jezus mówi o sakramencie Eucharystii.

Eucharystia jest tajnym znakiem. Jest bardzo prosta i niepozorna: chleb łamiący się w rękach kapłana i kilka kropel wina. Dla kogoś z zewnątrz jest kompletnie nie zrozumiała. Ten znak rozpoznają tylko Ci, którzy kochają Chrystusa. Tajny znak Eucharystii odsyła do miłości Boga.

Dlaczego na Eucharystii nie ma tłumów? Bo tłumy nie widza, że mają wokół siebie mnóstwo znaków. Odkodować tajny znak Eucharystii jako znak miłości Boga jest w stanie tylko ten kto Go kocha.

Rozważanie wygłoszone 28.04.2020 r. na Poniedziałek III Tygodnia Wielkanocnego, na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 6, 30-35.

Tajny znak

 
 
00:00 / 14:10
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Nieuporządkowane motywacje

Kiedy dziecko uczy się jeździć na rowerze, początkowo ma dokręcone dwa dodatkowe kółka, które stabilizują i ułatwiają jazdę. Nikt się tym nie dziwi – to normalny etap nauki jazdy rowerem. W końcu przyjdzie ten piękny moment, kiedy dumny ze swojego dziecka ojciec, oceniwszy że jego ukochane dziecko poradzi sobie już bez dodatkowych kółeczek, odkręca je. Spróbujmy porównać to do pewnych nieuporządkowanych motywacji, które mogą towarzyszyć naszemu życiu duchowemu. Jezus dziś w Ewangelii konfrontuje spotkany tłum, zwracając uwagę swoim słuchaczom na prawdziwy powód poszukiwania Go. Tłum szuka Jezusa, bo się najadł rozmnożonymi wcześniej chlebami. To ewidentna korzyść, nagroda, która spowodowała chęć powtórzenia tego doświadczenia. W naszym życiu jest podobnie – motywacją modlitwy, spotkania z Bogiem, korzystania z sakramentów może być chęć uzyskania jakiejś korzyści duchowej, wewnętrznej pociechy, szczególnej łaski od Boga, której oczekujemy. Św. Ignacy powiedziałby, że taka motywacja jest nieuporządkowana – to nie znaczy, że jest zła albo do wyrzucenia. Wymaga jedynie uporządkowania. Taka motywacja jest niczym dodatkowe kółka w rowerze – bardzo potrzebna na pewnym etapie, szczególnie na początku. Gdyby nie taka motywacja, to może w ogóle byśmy się nie modlili? Może nikt z nas by nie sięgnął po Słowo Boże? Mało kto skorzystałby z sakramentu pokuty? W naszym przykładzie to ojciec widzi, kiedy dziecko jest gotowe na odkręcenie kółek. Podobnie jest w życiu duchowym – proces oczyszczenia motywacji polega na nieustannym poddawaniu się działaniu Bożemu. To bardzo trudne, bo z jednej strony uczy nas wielkiej cierpliwości i łagodności względem siebie, a z drugiej zgody na to, że Bóg wie lepiej w jaki sposób nas oczyszczać i w jakim tempie to robić. Bóg wie kiedy ma odkręcić z naszego życia duchowego nieuporządkowane, często zewnętrzne, może i nawet egoistyczne motywacje. Dziś warto zadać sobie kilka istotnych odnośnie motywacji różnych praktyk swojego życia duchowego. Nawet jak odkryjesz, że za Jezusem jedziesz jeszcze na rowerku z czterema kółkami, to nie ma się co dziwić – to normalny etap. Ważne, że jedziesz. A Bóg już wie kiedy będziesz gotowy na ściągnięcie kółek.

Rozważanie wygłoszone 27.04.2020 r. na Poniedziałek III Tygodnia Wielkanocnego, na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 16, 22-29.

Nieuporządkowane motywacje

 
 
00:00 / 18:53
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Słowo i sakrament

„Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” – mówią dziś uczniowie, po spotkaniu ze Zmartwychwstałym Chrystusem. Zastanawiam się, czy jest jakiś człowiek, który by nie chciał żeby jego serce „pałało” – czyli było przepełnione radością, pokojem, nadzieją? Szczególnie kiedy okoliczności zewnętrzne zdają się wsączać w nas lęk, niepokój i brak zaufania do Boga.

Rozważając scenę wędrówki uczniów do Emaus znajdziemy wskazówkę, która prowadzi do odkrycia, w jaki sposób można doświadczyć tego samego. Czytając ten fragment z pewnością zauważysz, co spowodowało tak niezwykłe poruszenie wnętrz uczniów: Chrystus wyjaśniał im Pisma i nakarmił ich połamanym przez siebie chlebem. Oczywiście jest to symbol Słowa Bożego i sakramentu Eucharystii.

Słowo i sakramenty – to są dwie rzeczywistości, których nie można od siebie oddzielać i które powodują, że nasze serce może być rozpalone od wewnątrz doświadczeniem spotkania z żywym Bogiem. Czytanie, rozważanie, modlitwa Słowem Bożym jest tak bardo ważne, bo to będzie rodzić w nas wiarę. Biblia mówi, że wiara rodzi się ze słuchania, a tym co się słyszy jest Słowo Boże. Dlatego tak bardzo zachęcam do tego, żeby już od rana „nasiąkać” słowami Biblii, a współcześnie mamy to naprawdę bardzo ułatwione, dzięki różnej maści aplikacjom. Słuchanie Słowa będzie rodziło w nas pragnienie spotkania się z Tym, o którym to Słowo opowiada. I w taki sposób Słowo odsyła nas do sakramentu. Sakramenty są dla nas tak cenne, ponieważ to są zewnętrzne, namacalne znaki potwierdzające, że spotkanie z Bogiem się dokonało. Uczestnicząc w Eucharystii mamy pewność, że tam spotykamy Boga, co więcej możemy się z nim zjednoczyć wręcz namacalnie przyjmując Go pod widzialną postacią chleba. Właściwe przeżyte spotkanie z Bogiem w sakramencie będzie w nas rodziło z kolei głębszą chęć poznawania Go, słuchania Jego słowa i rozeznawania Jego woli w codzienności. A to odsyła nas znowu do Słowa – i w taki sposób powstaje pewien krąg, cykl, poprzez Bóg będzie rozpalał nasze serca sobą i wszystkim tym, co niesie Jego obecność.

Nie można rozdzielać Słowa Bożego i sakramentów. To są rzeczywistości sciśle ze sobą powiązane: jedna prowadzi do drugiej, a druga odsyła znowu do tej pierwszej. Co się stanie kiedy je od siebie oderwiemy? Jeżeli poprzestaniemy na samym tylko czytaniu Biblii, może powstać pokusa traktowania jej jako cennego i wartościowego poradnika życiowego, jednego z wielu dostępnych. Bo znajdziesz tam wiele informacji odnośnie relacji, zarządzania finansami czy rozwoju osobistego. Słowo stanie się wtedy tylko jednym z wielu źródeł informacji „jak żyć”. Z drugiej strony, jeżeli poprzestaniesz na samym sakramencie, bez odniesienia do Słowa, prawdopodobnie będzie to bardzo płytkie przeżywanie go i zatrzymasz się jedynie na powierzchni, rycie, formie zewnętrznej. Będziesz korzystał z sakramentów, może nawet regularnie, ale szybko zauważysz, że one nic nie zmieniają w Twoim życiu. 

Słowo i sakramenty to pokarm, który jest dostępny dziś dla każdego. Jestem przekonany, że karmiąc się nimi będziemy zarażali innych – ale nie żadnymi wirusami – tylko radością, entuzjazmem, uśmiechem, autentyczną relacją z Bogiem. Bo to wszystko wypływa z serca pałającego obecnością Boga 🙂

Rozważanie wygłoszone 26.04.2020 r. na III Niedzielę Wielkanocną, na podstawie Ewangelii wg. św. Łukasza 24, 13-35.

Słowo i sakrament

 
 
00:00 / 16:53
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Patron koszykarzy

Dziś rano pod koniec lektury życiorysu św. Marka Ewangelisty poczułem nagły przypływ mieszaniny zaskoczenia i radości – oto dowiedziałem się, że wspomniany święty jest patronem… KOSZYKARZY! 😀
Pierwsze myśli: ale jak to możliwe?! I jakim cudem ja, wielki fan koszykówki i kibic ligi NBA o tym wcześniej nie wiedziałem? Ty pewnie domyślasz się już, o jakich koszykarzy chodzi, ale mój umysł o poranku nie był tak bystry. 😉 Ale gdybyśmy spróbowali pójść tym tropem? Czy jest jakiś fakt z życia Marka Ewangelisty, który mógłby go uczynić nie tylko patronem ludzi wyrabiających koszyki, ale także lubiących do nich porzucać pomarańczową piłką? 🙂
Jest w u Ewangelisty Marka opis sceny, gdy do Ogrodu Oliwnego przybyła zgraja z kijami i mieczami by pojmać Jezusa. Odnajdziemy tam pewien ciekawy szczegół dotyczący jakiegoś młodzieńca, który pojawia się w tym miejscu odziany tylko w prześcieradło, który został złapany. Jednak owy młodzieniec zostawił prześcieradło i uciekł stamtąd nagi. Golasem był najprawdopodniej św. Marek, który podobnie jak inni uczniowie, uciekł od Jezusa, a ta ucieczka zarówno dosłownie jak i w przenośni obnażyła go. Ta scena to symbol ukazania słabości i kruchości ludzkiej natury.
Głębokie życie duchowe, modlitwa, czytanie Ewangelii będzie nieustannie obnażało nasze słabości, grzechy, wewnętrzne nieuporządkowanie. I to jest jeden z punktów styczności między Ewangelią, a koszykówką. Kto miał do czynienia z tą dyscypliną mógł się przekonać, jak koszykówka jest bezlitosna w obnażaniu ludzkich słabości. Kilka przykładów:

  1. Słabość kondycji fizycznej – możesz się o tym przekonać przebiegając kilka razy spod kosza przeciwnika do obrony 🙂
  2. Słabość psychiki – z zewnątrz pewnie to dość śmiesznie wygląda kiedy dwóch dorosłych facetów wykłóca się i obraża się na siebie niczym przedszkolaki z powodu jakiegoś spięcia na boisku.
  3. Egoizm i gwiazdorstwo – jeśli ktoś ma takie tendencje, na boisku od razu to wyjdzie, często z niekorzyścią dla wyniku drużyny.
  4. Znajomość sporej ilości wulgaryzmów – uwierz mi, że jak po raz kolejny pudłujesz akcję sam na sam pod pustym koszem to z Twoich ust nie płyną pieśni chwały.

Najgorsze co można po tym zrobić, to powiedzieć: ja się do tego nie nadaję; już więcej nie wyjdę na boisko; nigdy nie będę trafiał tych rzutów; dam sobie spokój z tym sportem. Te doświadczenia są bezcenne w kontekście koszykarskiego rozwoju. Podobnie jest w życiu duchowym – najgorsze co można zrobić doświadczając swojej słabości, to się poddać, stwierdzić że już nigdy się nie uwolnię od tego grzechu, że Pan Bóg wcale nie chce mnie znać, a co dopiero się mną posługiwać. Z kolei te doświadczenia możemy wykorzystać do jeszcze większego powierzenia się Bogu, zaufania Mu i współpracy z łaską.
Wbrew pozorom Ewangelia i koszykówka mają ze sobą całkiem wiele wspólnego. To może od dziś patronat świętego Marka zostanie nieco poszerzony? 🙂

Rozważanie wygłoszone 21.04.2020 r. na Święto św. Marka, ewangelisty, na podstawie Ewangelii wg. św. Marka 16, 15-20.

Patron koszykarzy

 
 
00:00 / 13:26
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Boże przynęty

Pewna kobieta przypadkowo znalazła się w kościele, kiedy organizowaliśmy rekolekcje ewangelizacyjne w parafii. Wcale nie miała zamiaru przychodzić na nie, ale z czystej ciekawości została. Przeżyła je w całości, a nawet wstąpiła do wspólnoty, gdzie Pan Bóg potem mocno porządkował jej serce. Pewien zakonnik zwierzył się, że jednym z powodów, dla którego wybrał swoje zgromadzenie był habit – bardzo mu się podobał i uważał, że będzie w nim świetnie wyglądał. Najprawdopodobniej niedługo Kościół wyniesie go na ołtarze. Pewien młody człowiek mający problemy z narkotykami i przestępczością niejako poprzez przebiegłość swojej mamy znalazł się na pielgrzymce do sanktuarium maryjnego. Tam przeżył spowiedź z całego życia, a dziś jeździ po szkołach dając koncerty i głosząc świadectwo swojej przemiany. Co łączy te trzy historie? Oprócz tego, że wielkie działanie Boże, to także bardzo płytka, zewnętrzna, często przypadkowa ludzka motywacja.
Czytamy w Ewangelii dziś, że tłum szedł za Jezusem dlatego, bo widzieli wcześniej cudowne znaki. Co zrobił wobec tego Jezus? Nie zapytał: „Kto z was jest tutaj bo wierzy, że jestem Bogiem ? Ręka do góry! OK, to reszta wyjazd. Dziękuję, dobranoc”. Czytamy, że Jezus wszystkich nasycił rozmnożonym chlebem, dawał im tyle, ile kto chciał, niezależnie od tego kto i z jakiej pobudki do niego przyszedł. Ta scena pokazuje nam, że Bóg na początku bardzo często posługuje się płytką, zewnętrzną, a czasami nawet przypadkową motywacją ludzką, po to żeby przyprowadzić kogoś do siebie. W ten sposób niejako zarzuca przynętę, dzięki której może nastąpić spotkanie z Nim… w przeciwnym razie być może nikt nie byłby nim zainteresowany?
Podobnie jest dziś. Wielu ludzi przychodzi do kościoła, chociażby ze względu na takiego czy innego księdza. Swego czasu tłumy gromadziły się na kazaniach śp. Ks. Pawlukiewicza. Ile z tych osób przychodziło tam dlatego, bo „dobrze się słucha; tak życiowo mówi”? A Pan Bóg posługuje się takimi ludzkimi przynętami, żeby doprowadzić do spotkania i nakarmić sobą. Czasem może nawet posłużyć się tak prozaiczną rzeczą jak to, że jakiś kościół jest ogrzewany i właśnie z tego powodu ktoś tam pójdzie i dokona się coś wielkiego w jego sercu. W przypadku młodych ludzi silną motywacją różnych wyjazdów na rekolekcje czy przynależności do grupy parafialnej jest to, że są tam ładne koleżanki. Dla mnie dodatkowym bodźcem motywującym do wstąpienia do seminarium był istniejący tam zespół muzyczny i chęć grania koncertów… 🙂
Bóg wie co robi. Z zewnątrz to może się wydawać takie płytkie, przyziemne, wręcz przypadkowe… Kiedyś wyczytałem, że Bóg jest w stanie poruszyć cały świat dla jednej osoby. Biblia pokazuje, że Jezus bardzo często, szczególnie na początku tworzenia się więzi z Nim, wykorzystuje różne przyziemne sprawy. Czasami wystarczy Mu tylko w tym nie przeszkadzać…

Rozważanie wygłoszone 21.04.2020 r. na Piątek II Tygodnia Wielkanocnego, na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 6, 1-15.

Boże przynęty

 
 
00:00 / 17:07
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Pozorna strata

Nie znam się na rolnictwie, bo wychowałem się na blokowisku, ale będąc dzieckiem sadziłem rzeżuchę w doniczce na oknie i ta wiedza powinna wystarczyć, żeby wyjaśnić pewne ważne zjawisko 🙂 Kiedy wsiejemy ziarnko, zanim ono wyrośnie i da smaczne zielone kiełki, musi trochę posiedzieć w ziemi – tam ziarno obumiera, gnije, zmienia swoją postać i dopiero może z niego coś wyrosnąć. Ten moment w ziemi jest najgorszy, bo nie widać efektów i wydaje się, że nic już z tego nie będzie. A wystarczy trochę wytrzymać, żeby potem cieszyć się dojrzałą zieleniną. Nie jest możliwa radość z plonu, jeżeli wsiane ziarenko nie przejdzie przez fazę gnicia w ziemi.
Dziś Jezus w Ewangelii wyjaśnia bardzo ważną duchową prawdę posługując się obrazem obumierającego ziarnka. W kontekście tego zadajmy pytanie: czy idąc za Jezusem coś się traci? Pytanie jak zwykle odrobinę prowokacyjne, ale raczej zasadne, bo wydaje mi się że dziś nikt nie chce tracić. Wszyscy chcą zysku, progresu, pomnażania. Ale wystarczy popatrzeć na zwykłe ziarenko, żeby przekonać się, że nie ma zysku bez początkowej straty.
Taka strata zawsze następuje gdy ma miejsce pierwszy, fundamentalny wybór Jezusa. Często obserwowałem to współprowadząc różnego rodzaju rekolekcje Ewangelizacyjne, podczas których głosi się dobrą nowinę o Jezusie Chrystusie – uczestnicy w pewnym momencie są prowadzeni do podęcia kluczowej decyzji oddania wszystkich sfer swojego życia Chrystusowi i poddania się pod Jego panowanie. W tym momencie część osób waha się, boi i nie ma odwagi tego dokonać. I z jednej strony ja im się wcale nie dziwię. To nie jest łatwa decyzja, niczym poranny wybór pieczywa na szybkich zakupach w Żabce. To decyzja, od której będzie zależała cała przyszłość, a co więcej ona będzie wiązała się z jakąś stratą. Ale z drugiej strony to tak jakby wołać „heeej nie wsiewaj tego ziarenka, zobacz jak ono siedzi w ziemi i gnije!”, nie mając świadomości, że ziarnko musi przejść przez ten etap obumarcia, żeby coś z niego wyrosło. Czyli tracąc, tak naprawdę zyskujemy coś innego, jakościowo całkowicie odmiennego. Więc co się traci wybierając panowanie Jezusa? Wszystko to co, wydaje mi się dobre, a w rzeczywistości mnie niszczy. Czasem nasze przywiązanie do tych spraw jest tak silne, że wcale nie chcemy tego wypuścić z rąk. A co zyskujemy w zamian? Inną jakość – wyraźnie widać to po wszystkich, którzy bardzo głęboko przeżywają różnego rodzaju rekolekcje ewangelizacyjne – bo wyjeżdżają do swoich domów odmienieni, wręcz uskrzydleni, co widać po radości malującej się na twarzach. Bo zyskali wolność wewnętrzną i pokój, jakiego nikt, ani nic innego nie jest w stanie dać.
Chrześcijaństwo to nie jest mainstream. Tutaj już na wstępie masz obiecane straty. Ale wystarczy, że zaobserwujesz zwykłe ziarnko, a przekonasz się, że to są straty pozorna, które w rzeczywistości prowadzą do całkowicie nowej jakości życia.

Rozważanie wygłoszone 21.04.2020 r. na Uroczystość św. Wojciecha, biskupa i męczennika na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 12, 24-26.

Pozorna strata

 
 
00:00 / 18:26
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Naświetlanie serca

Na mojej pierwszej parafii od czasu do czasu zdarzało mi się odwiedzać miejsce, gdzie były zamontowane specjalne drążki do podciągania, zdaje się że fachowo to się nazywa „street workout place” 🙂 Pewnego razu miałem okazję trenować z gościem, który ewidentnie nie był tam ani pierwszy ani ostatni raz – miałem wrażenie, że spokojnie mógłby mnie wziąć jedną ręką pod pachę, a drugą się podciągać. Przy treningu wydawał różne dziwne odłogsy i mówił do siebie (to go chyba motywowało). Moją uwagę najbardziej zwróciło to, że zwracał się siebie per „świr paleta”. No więc nasz Świr Paleta po chwili włączył mnie w swój ciekawy monolog dotyczący zdrowego żywienia, a także kluczowej roli promieni słonecznych dla ludzkiej kondycji i dobrego samopoczucia. Zachęcił mnie do tego, żebym więcej i częściej wystawiał swoje ciało na działanie promieni słonecznych. Swój wywód zakończył konkluzją: „słońce to jest k**** Bóg!”. Wolałem z nim nie wchodzić w dyskusje natury teologicznej, ale być może chodziło mu o to, że istnieje podobieństwo między światłem słonecznym a działaniem Boga? 🙂 Bo dokładnie o tym samym czytamy w dzisiejszej Ewangelii. Bóg, aby ukazać nam, na czym polega Jego działanie posługuje się obrazem światła.

Zobaczmy na kilka przykładów działania światła: istnieją rośliny, które rosnąc, zwracają się w kierunku światła; chyba każdy lubi, jak o poranku promienie słońca wpadają do pokoju przez okno; niedawno na studiach dowiedziałem się, że istnieje pewne zjawisko określane jako sezonowe zaburzenia nastroju, a jednym z czynników wpływających na jego występowanie jest właśnie niedobór światła słonecznego.

Bóg jest niczym światło, które ma życiodajne działanie na wiele sfer naszego życia. Choćby to kiedy Bóg oświetla nam spojrzenie na siebie samego. Dzięki Jego światłu możemy popatrzeć na siebie, swój wygląd, cechy charakteru i powiedzieć – jest OK 🙂 Patrzenie na siebie w Bożym świetle, prowadzi nas do pogodnej akceptacji siebie jako arcydzieła, które wyszło z rąk Mistrza. Dalej światło Bożej obecności może oświetlać różne wewnętrzne rany naszego serca. Kiedyś skręciłem kostkę na koszykówce i na zabiegach wygodnie leżałem na łóżku a specjalne lampy naświetlały opuchniętą nogę – po kilku dniach było znacznie lepiej! Podobnie jest z Bogiem – czasami wystarczy pewne wewnętrzne rany wystawić na Jego uzdrawiające światło i czekać, aż On zacznie działać, porządkować i leczyć. Dalej zwracając się ku Bogu, słuchając Go, rozeznając Jego wolę, będziemy wiedzieli w jakim kierunku się rozwijać, niczym słonecznik obracający się do słońca.

Wyjątkowym reflektorem, którym możemy nieustannie naświetlać swoje wnętrze  światłem Bożej obecności jest Słowo Boże. Dlatego tak bardzo zachęcam, żeby rozsmakować się w modlitwie Słowem Bożym, bo w taki sposób wpuszczamy w swoje serce Boże światło, które ma moc oświetlać nasze decyzje, postępowanie, czy plany na przyszłość, a także nasz wewnętrzny nieporządek w myślach i emocjach.

Świr Paleta dobrze radził, żeby jak najczęściej wystawiać swoje ciało na działanie promieni słonecznych. A ja dobrze radzę, żeby jak najczęściej wystawiać swoje wnętrze na działanie Słowa Bożego 🙂

Rozważanie wygłoszone 21.04.2020 r. na Wtorek II Tygodnia Wielkanocnego na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 3, 16-21.

Naświetlanie serca

 
 
00:00 / 17:34
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Wewnętrzne żagle

Wiatr jest nieprzewidywalny i dość często zdarza się, że wieje nie tak jakbyśmy tego chcieli. Gdy jest upalnie wyczekujemy chłodnej bryzy, która będzie nas łagodnie smagała po twarzy. Zimą wiatr potrafi być nieprzyjemny i przeszywający. Momentami może być nawet i niebezpieczny – szczególnie, kiedy jest się na szczycie Małołączniaka (2096 m.n.p.m), a wiatr zamraża ubrania i zasypuje ślady butów na śniegu, tak że można się zgubić… Biblia posługuje się obrazem wiatru, żeby ukazać nam działanie Ducha Bożego, Jego nieprzewidywalność i niemożliwość ujęcia w jakiekolwiek ramy. Takiego porównania używa Jezus w rozmowie z Nikodemem w dzisiejszej Ewangelii. Wiatr jest też konieczny żeby żeglować. Kiedyś myślałem, że żaglówka może dopłynąć do obranego celu, jedynie wtedy gdy wiatr wieje wyłącznie z określonego kierunku. Potem wyczytałem w jakiejś książce, że aby dopłynąć do celu najważniejszy nie jest kierunek wiatru, ale odpowiednie ustawienie żagli – wtedy obojętnie skąd będzie wiało, i tak każdy powiew można wykorzystać do płynięcia. Podobna zasada obowiązuje w życiu duchowym. Czasem może nam się wydawać, że wzrastać duchowo można tyko wtedy, kiedy mamy do tego sprzyjające warunki, takie „dobre wiatry”. Tymczasem każda sytuacja, okoliczność, uczucie, relacja, wydarzenie może służyć mojemu rozwojowi. Biblia mówi, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we WSZYSTKIM dla ich dobra” (Rz, 8, 28a). To znaczy, że niezależnie od tego, z której strony wieje w moim życiu, to od mojej wewnętrznej postawy zależy, jak ustawię żagle, a w konsekwencji czy to doświadczenie będzie służyło mojemu dobru. Nie ma takiej rzeczywistości, która włączona w doświadczenie duchowe relacji z Bogiem, nie może zostać przemieniona. Na tym polega Boża wszechmoc i Jego miłość. A Bóg często działa w naszym życiu niczym wiatr – nie spodziewamy się Go w tym momencie, albo wolelibyśmy żeby zadziałał jakoś inaczej… W życiu duchowym najpiękniejsze jest to, że nie jesteśmy niewolnikami okoliczności zewnętrznych, czy sytuacji na które nie mamy wpływu. To od nas zależy w jaki sposób ustawimy swoje „wewnętrzne żagle” – naszego sposobu myślenia, podejmowanych decyzji, planu dnia, czasu oddanego na spotkanie z Bogiem. Obecnie może się wydawać, że okoliczności wieją nam prosto w twarz, tak że aż mrużymy oczy, ale… przecież można ten pozornie niesprzyjający podmuch tak wykorzystać, aby płynąć. Tylko jak ustawić życiowe żagle?

Rozważanie wygłoszone 20.04.2020 r. na Poniedziałek II Tygodnia Wielkanocnego na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 3, 7b-15.

Wewnętrzne żagle

 
 
00:00 / 14:20
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Wartość wątpliwości

„Kiedy wszyscy wokół ciebie równiuteńko idą

Przyjacielu ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość

I kiedy bronisz prawdy mając ją za jedynie prawdziwą

Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość”

Jeśli kojarzysz te wersy to z chęcią zbiłbym z Tobą potężną pionę. 😉 A jeśli nie to podpowiem, że pochodzą one z kawałka „Miej wątpliwość”, który w 2007 nagrał Łona – dla mnie człowiek z absolutnej czołówki polskich raperów. Lubię odnajdywać uniwersalne prawa życia w różnych przestrzeniach kultury. Cały wspomniany kawałek jest wielką zachętą do wzbudzania w sobie krytycznego myślenia i twórczych wątpliwości. Osadźmy tę myśl w dzisiejszej Ewangelii, w której czytamy o nocnym spotkaniu Nikodema z Jezusem. Ta wyjątkowa scena i dialog toczony po zapadnięciu zmroku są obrazem człowieka, który szuka prawdy, myśli, zadaje pytania, a czasami nawet podważa pewne oczywistości. Najprawdopodobniej Nikodem częściej odwiedzał Mistrza z Nazaretu, zadawał Mu pytania, słuchał, rozważał. To doprowadziło do powstania między nimi więzi przyjaźni, bardzo głębokiej. Dowodem tego jest fakt, że to właśnie Nikodem zatroszczył się o Chrystusa po Jego śmierci.

Czasami możemy nosić w sobie przekonanie, że wątpliwości, a już szczególnie te dotyczące wiary, są czymś nagannym, niepożądanym i trzeba je za wszelką cenę od siebie odpychać. Jednak Ewangelia pokazuje nam coś innego – ludzie, którzy mieli wątpliwości (jak Nikodem czy „niewierny Tomasz”) właśnie odkryli prawdę. Jest to zgodnie z tym, co mówi pewna łacińska sentencja: „wątpliwości są drogą do prawdy”. To dobry znak, kiedy w naszej wierze pojawiają się wątpliwości. Każda wątpliwość to zaproszenie do zadawania dobrych pytań, poszukiwania na nie odpowiedzi, drążenia, a czasami podważania pewnych oczywistości (ale nie dla samego podważania, tylko dla głębszego odkrycia istoty danej sprawy). Biblia podpowiada nam jeszcze, żeby podzielić się wątpliwościami z Jezusem. Możemy to odczytać jako zachętę do bezpośredniego wypowiadania różnych wątpliwości dotyczących wiary na modlitwie, a także do dzielenia się nimi z zaufanymi osobami, które potowarzyszą nam na drodze w kierunku prawdy. Wszelkie wątpliwości przeżyte w postawie aktywnego poszukiwania odpowiedzi w dobrych źródłach, będą nas prowadziły do niezwykłych odkryć, a może nawet do spotkania osobowej Prawdy?

Rozważanie wygłoszone 20.04.2020 r. na Poniedziałek II Tygodnia Wielkanocnego na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 3, 1-9

Wartość wątpliwości

 
 
00:00 / 16:43
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Po co jest Kościół?

Dziś wyjątkowy dzień, Niedziela Miłosierdzia Bożego. Myślę, że koledzy po fachu to potwierdzą, że w pobliżu tego dnia zwiększa się natężenie spowiedzi, które ja sobie nazywam „petardami” – kiedy ludzie po wielu latach wracają do Boga, albo przychodzą do Niego z potężnie złamanym sercem. Chyba nie ma piękniejszej chwili dla księdza kiedy można na taką osobę rozlać balsam miłosierdzia Boga 🙂
Tymczasem spójrzmy znowu do Ewangelii – dziś czytamy scenę znaną pewnie wszystkim jako opowieść o „niewiernym Tomaszu” (ale się ciągnie za nim ta łatka…). Zwróćmy uwagę na jeden istotny szczegół – Tomasz nie spotyka Jezusa, bo nie ma go we wspólnocie, razem z uczniami. Dopiero kiedy wraca na łono wspólnoty uczniów, dokonuje się niesamowite doświadczenie, namacalne wręcz, spotkania z Bogiem. 
Czasami może rodzić się w nas pytanie: po co jest Kościół? Już samo to słowo budzi pewnie skrajne skojarzenia. Może słysząc Kościół widzisz okiem wyobraźni obcy, zimny budynek albo przygrubego księdza wysiadającego z wcale nietaniego auta na alufelgach? Dla mnie Kościół to ludzie. Ja i Ty. Ludzie, którzy przekazali mi wiarę, których spotkałem na różnych drogach, z którymi wzajemnie umacniam się w wierze. Kościół jest potrzebny, bo zgodnie z dzisiejszym Słowem, to we wspólnocie Kościoła spotyka się Jezusa. Takie jest moje doświadczenie: kościół domowy mojej wspaniałej rodziny, potem rodzinna parafia w Wałbrzychu, świdnickie seminarium, wspaniałe 3 lata na parafii w Dzierżoniowie i obecne poznawanie Kościoła w różnych miejscach, gdzie mam okazję bywać – to jedna wielka przestrzeń spotykania Boga. Myślę też o kamieniach milowych mojej relacji z Bogiem, których nie zapomnę do końca życia: pieszej pielgrzymce do Częstochowy, rekolekcjach ignacjańskich, pierwszym kursie Paweł – to były niesamowicie mocne wydarzenia odciskające pozytywne piętno na moim życiorysie. Łączy je jedno – wszędzie tam był Kościół. Bo Kościół jest po to, żeby w Nim spotykać Jezusa.
Jak patrzysz na Kościół? Widzisz w nim miejsce, gdzie możesz spotkać Boga czy instytucję dystrybuująca usługi religijne? Może jest tak dlatego, że patrzysz na Kościół z zewnątrz? Czy zasmakowałeś czym naprawdę jest Kościół? Warto na poważnie wejść do środka wspólnoty Kościoła i doświadczyć tego samego, co wspomniany „niewierny Tomasz” – spotkania z żywym Bogiem. 🙂

Rozważanie wygłoszone 19.04.2020 r. na Niedzielę Miłosierdzia Bożego na podstawie Ewangelii wg. św. Jana 20, 19-31.

Po co jest Kościół?

 
 
00:00 / 32:56
 
1X
 
Kategorie
Słowo na co dzień

Wyrzuty Jezusa

Dlaczego Jezus nie jest podobny do misia koala? 🙂 Te zwierzątka wydają się bardzo miłe, spokojne, nikomu nie przeszkadzają. Wszyscy je lubią i chcieliby je pewnie pogłaskać 🙂
Spójrzmy na dzisiejszą Ewangelię – czytamy końcówkę opisu według św. Marka i jesteśmy po raz kolejny świadkami spotkania apostołów ze Zmartwychwstałym. Do pogrążonych w smutku i płaczących uczniów przychodzą różne osoby, niosące radosną wieść: Jezus żyje! Jednak ci nikomu nie chcieli uwierzyć. W końcu Chrystus niejako bierze sprawy w swoje ręce – przychodzi do nich osobiście i wyrzuca im dwie sprawy: brak wiary i zatwardziałość serca.
Czasem może w nas rodzić się wyobrażenie Chrystusa podobnego do misia koala – nigdy nikogo nie napomina, nie czyni wyrzutów, a wszystkich chwali i klepie po plecach mówiąc „jest dobrze”. Bardzo istotne jest żebyśmy dostrzegli, że tu nie chodzi o taki „nasz”, ludzki wyrzut, powodowany nagromadzeniem stłumionego żalu i pretensji. Bóg nie ma do nikogo żalu, ani pretensji. To nie jest wyrzut żony do męża, który po raz setny zostawił skarpetki nie tam gdzie trzeba. To wyrzut Mistrza do swoich umiłowanych uczniów, Ojca do swoich dzieci – pełen mądrości i miłości, który ma służyć rozwojowi dobra w nich. 
Jezus dziś wyrzuca swoim uczniom, mnie i Tobie:
1. Brak wiary – chodzi o brak wiary w Jego słowa i Jego obietnice. Jezus obiecał wiele rzeczy: choćby to, że będzie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata; albo to, że kiedy będziemy zabiegali o sprawy Boże w swoim życiu, wszystko inne będzie nam dodane. Co Tobie dziś mógłby wyrzucić Jezus? W jakie Jego obietnice przestałeś już wierzyć?
2. Zatwardziałość serca – chodzi o uparte serce, które nie dostrzega znaków obecności Jezusa wokół. Jakie jest Twoje serce? Otwarte i uważne, wypatrujące śladów Boga? Co myślisz o ludziach, którzy dają świadectwo o tym, że Jezus żyje i można Go spotkać w życiu? Oczywiście nie chodzi o to, żeby wyłączyć rozum i krytyczne myślenie, ale żeby zbadać czy moje serce nie jest z kamienia – zamknięte na prawdę Słowa Bożego…

Rozważanie wygłoszone 18.04.2020 r. na Sobotę w oktawie Wielkanocy na podstawie Ewangelii wg. św. Marka 16, 9-15.

Wyrzuty Jezusa

 
 
00:00 / 21:38
 
1X
 

Miłość widzi

Dlaczego Jan jako pierwszy dostrzegł zmartwychwstałego Jezusa na brzegu Jeziora Galilejskiego? Miał sokoli wzrok? A może użył jakiejś lunety? Pewnie dlatego, że był najmłodszy, więc reszta uczniów miała już kłopoty ze wzrokiem… Chciałbym dziś zwrócić uwagę, że nawet drobniutki szczegół w Biblii, może mieć bardzo głębokie znaczenie duchowe. Jesteśmy dziś nad Jeziorem Galilejskim, uczniowie łowią ryby w łodzi, a na brzegu pojawia się Chrystus zaczynając z nimi dialog. Początkowo nikt Go nie rozpoznaje, ale po pewnym czasie Jan wykrzykuje: „To jest Pan!”. Dlaczego właśnie on pierwszy?
Bo miłość widzi. Miłość wyostrza wzrok. Jan to symbol ucznia, który jest wzorem miłości; pewnym przeciwieństwem jest Piotr, który też kocha, ale w nim jest jeszcze bardzo wiele skupienia na sobie. To miłość pozwoliła Janowi wytrwać pod Krzyżem. To miłość sprawiła, że pierwszy dobiegł do grobu. I to miłość spowodowała, że jako pierwszy zobaczył Jezusa.
Znamy powiedzenie „miłość jest ślepa”. W duchowości zawsze rozumiemy miłość jako akt woli, decyzję, coś na co mam wpływ. Może moi uczniowie z liceum pamiętają katechezę, gdzie na tablicy rysowaliśmy tabelę i pokazywaliśmy różnice między miłością a zakochaniem? Że miłość to decyzja, zależna od człowieka, a zakochanie to uczucie, na które nie do końca mamy bezpośredni wpływ. Uczucie o mocnym nasileniu może niejako „zaślepić” nasze spojrzenie na drugiego. Ale nie miłość, bo prawdziwa miłość widzi.
Więc co pozwala nam widzieć miłość? Albo raczej kogo?

  1. Boga – dzięki miłości widzimy obecność i działanie Boga na różnych płaszczyznach: w historii świata, ale i w mojej osobistej historii życia. Dzięki miłości widzimy Boga w Kościele i w sakramentach. W końcu, zgodnie z maksymą św. Ignacego „szukać i odnajdywać Boga we wszystkim” potrafimy wyśledzić ślady obecności Boga tam, gdzie nikt by się ich nie spodziewał.
  2. Innych – miłość pozwala patrzeć na innych jak na osobę – stworzoną z miłości, na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną godnością i nieskończoną wartością w oczach Bożych. Dopiero potem widzieć jego cechy, poglądy, to czym się różnimy. Takie patrzenie pozwala tworzyć więź, nawet kiedy się nie zgadzamy w fundamentalnych kwestiach.
  3. Siebie – patrząc miłością widzimy swój przeogromny potencjał, niepowtarzalność, to, że nie ma drugiej takiej osoby na świecie. Widzimy to także w kontekście niezwykłej misji i powołania, danym każdemu od Boga. Z drugiej strony potrafimy wtedy dostrzec też swój grzech, czyli to w jaki sposób niszczę siebie, innych i swoją relację z Bogiem – ale zawsze w świetle nieskończonego miłosierdzia Boga.
    Chrześcijaństwo to szkoła miłości, czyli szkoła widzenia. Jezus Chrystus to najlepszy optyk. On nieustannie koryguje nasz wzrok, aby jego podstawą była prawdziwa miłość – wtedy będziemy wyraźnie widzieć Boga, innych i siebie.

Rozważanie wygłoszone 17.04.2020.r na Piątek w oktawie Wielkanocy na podstawie Ewangelii św. Jana 21, 1-14

Miłość widzi

 
 
00:00 / 11:22
 
1X